Fragmenty

Od urodzinowego przyjęcia minęło kilka dni i Nin niemal żałowała, że nie jest złodziejką i nie może ukraść ważki, która dręczyła ją w snach i na jawie. Po raz pierwszy zdarzyło się, żeby jakiś obiekt tak bardzo zaprzątał jej myśli. Zwykły przedmiot! Błyskotka! Do czego to podobne!? Złościła się na siebie.
– Nin! List do ciebie. Od rodziców. – Ciotka stała na progu pokoju z kopertą w dłoni. – Czy ty się dobrze czujesz, moje dziecko?
– Jestem trochę niewyspana – odpowiedziała wymijająco.
– Za dużo wrażeń po urodzinach. Powiem Sabinie, żeby przyniosła wywar z melisy. To powinno pomóc.
Lynn Corgan wierzyła w uzdrawiające właściwości trzech ziół: melisy, mięty i lipy. Co dziwniejsze, dość często okazywało się, że wystarczają na większość pospolitych dolegliwości.
Nin rozdarła kopertę. W środku były dwa listy. Jeden od rodziców, a drugi, napisany niewprawnymi kulfonami – od nie wiadomo kogo. Rozłożyła przybrudzony arkusik.

Droga Nin
Nałczyłem sie pisać. Wruć do nas. Chce żebyś została mojoł żonoł. Inne dziewczyny we wsi majoł już menżów chociasz soł młotsze od ciebie. Auna muwi, że masz uważać na robaka z zielonymi skrzydłami. Wruć szypko i zrobimy nasz ślub.
Too-Ru

Wpatrywała się w poznaczoną śladami palców kartkę i nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Biedny Too-Ru, czy on naprawdę wierzy, że mogłaby go poślubić?

***

Mellen Hall był zbudowaną z szarego kamienia okazałą siedzibą. Jego wygląd świadczył zarówno o bogactwie, jak i sięgającej kilkaset lat wstecz historii zamieszkującego go rodu. Wzrok Nin pobiegł od razu ku narożnym wieżyczkom w odległych skrzydłach rezydencji. Byłaby to wspaniała kryjówka, bo z pewnością od dziesiątków lat nikt tam nie zaglądał. Wyobraziła sobie zasnute pajęczynami okienka i pokryte kurzem meble. Ciemne portrety kobiet w dziwnych fryzurach i staroświeckich sukniach…
– Nin, moja droga – ciotka lekko trąciła ją w łokieć – wchodzimy.
Wnętrze rezydencji wyglądało znacznie nowocześniej, niż się Nin spodziewała. Żadnych mrocznych korytarzy i pociemniałych ze starości obrazów – przynajmniej w tej części, do której zostali wprowadzeni przez ubranego w granatowy uniform lokaja. Sala balowa jaśniała od świateł odbijających się w dziesiątkach luster wiszących na ścianach. Lśniący parkiet intarsjowany był egzotycznymi gatunkami drewna, tworzącymi skomplikowaną rozetę w centralnym punkcie pomieszczenia.
– Pięknie tu – westchnęła z zachwytem Lynn Corgan. – De Virowie zawsze potrafili olśniewać ludzi. Chodźmy przywitać się z Sylvanem i jego rodziną. Mają trzech synów – dorzuciła znacząco.
Nin powstrzymała się od komentarza. Ciotka coraz częściej próbowała skierować jej uwagę na „obiecujących młodych ludzi”, co było bardzo irytujące. Rozejrzała się po sali. Skoro Carlotta gości w Mellen Hall, to powinna gdzieś tu krążyć. Trudno ją jednak było wypatrzyć w takim tłumie.
Wuj Cedric sprawnie torował sobie drogę między ludźmi i wkrótce już stał przed gospodarzem balu. Witając się z Sylvanem, Nin dygnęła, jak należało, i nagle zamrugała zaskoczona, widząc obok pana de Vir znajomą twarz.
– A to syn mojego nieodżałowanej pamięci brata, Amren de Vir
– przedstawił go Sylvan. – Przybył do nas z północy, z dalekiego Truah.
– Bardzo mi miło. – Nin znów dygnęła.
Zerknęła na młodzieńca, na którego twarzy rozlewał się powoli rumieniec zakłopotania. Nie zdołała ukryć uśmiechu rozbawienia. Ogrodnik Tarntonów okazał się synem Carlotty de Vir. Nie miała pretensji, że ją wtedy oszukał. Może też nie lubił zabawy w kalambury.
Musiała jeszcze przywitać się z synami i córkami gospodarzy. Wszyscy byli bardzo podobni do siebie – bladzi, jasnowłosi, ze spiczastymi nosami odziedziczonymi po matce. Już wcześniej ich poznała i zapamiętała wszystkie imiona, ale trochę wysiłku wymagało dopasowanie imienia do odpowiedniej osoby.
Kolejni goście tłoczyli się, żeby złożyć uszanowanie gospodarzom, więc Corganowie odsunęli się, żeby zrobić im miejsce. Nin wspięła się na palce, usiłując dostrzec Carlottę de Vir, ale wydawało się, że nie ma jej na sali.
Mnóstwo znajomych osób przechadzało się w tę i z powrotem, wymieniając ukłony i uśmiechy. Ona też kłaniała się i uśmiechała. Nie uszło jej uwagi, że ciotka co jakiś czas popatruje na nią z dumą. Sama też miała świadomość, że wygląda całkiem dobrze. W Corgan Hill nauczyła się zwracać uwagę na wygląd. Prawdę mówiąc, dopiero gdy zamieszkała u wujostwa, po raz pierwszy miała okazję uważnie przyjrzeć się swojej twarzy. Na wyspie Akarrau nie było luster (z wyjątkiem małego lusterka, które mama trzymała na swojej toaletce), nie było też żadnych okazji wymagających specjalnego stroju. Nin potrafiła przez tydzień biegać w jednej sukience i nikt na to nie zwracał uwagi. Początkowo obowiązujące w Kymru zasady dotyczące ubioru wydawały jej się kłopotliwe i zupełnie niezrozumiałe.
Z czasem noszenie eleganckich sukien zaczęło jej sprawiać przyjemność. Nieoczekiwanie przyszedł jej na myśl Too-Ru. Gdyby zobaczył ją w balowej toalecie…

***

Tego wieczora wrócił ze swoich wędrówek wuj Kynwyl. Carlotta uprzedzała go wcześniej, że w domu będą goście, ale mógł zapomnieć. Zbyt często odpływał myślami w odległą przeszłość, więc utrzymywanie uwagi na teraźniejszości sprawiało mu czasem kłopoty.
Zjawił się na kolacji ubrany w swój odwieczny granatowo-czerwony surdut ze srebrnymi guzikami i ze zdumieniem patrzył na większą niż zwykle liczbę osób siedzących przy stole.
– To nasi goście, państwo Lynn i Cedric Corganowie wraz z siostrzenicą, panną Nin Everett – pospieszyła z wyjaśnieniami Carlotta, nie dając Kynwylowi okazji do popełnienia jakiejś gafy. – Wuj Kynwyl O’Bru jest bratem mojego zmarłego ojca.
Kynwyl wymruczał jakieś powitanie i usiadł naprzeciwko Nin. Amren obserwował go z niepokojem. Wuj potrafił być czasem zupełnie nieobliczalny. Teraz na przykład gapił się na pannę Everett w sposób urągający dobremu wychowaniu.
– Dokąd tym razem zawędrowałeś, wuju? – Amren spróbował odwrócić jego uwagę.
– Nie teraz. – Kynwyl machnął ręką zniecierpliwiony i nadal przewiercał wzrokiem Nin, aż się zarumieniła i zakłopotana spuściła głowę.
Amren rzucił matce błagalne spojrzenie, ale Carlotta tylko rozłożyła ręce. Pani Corgan zacisnęła usta z dezaprobatą. Nie podobało jej się, że ktoś tak się zachowuje wobec siostrzenicy. Przy stole zapanowała niezręczna cisza.
– Panna Everett – odezwał się w końcu Kynwyl. – Everett… W ogóle nie pasuje pani to nazwisko. Powinna się pani nazywać Oisean albo Cuirn czy Beoracht. To dobre nazwiska. Nawet O’Bru, nasze rodowe, też pani bardziej pasuje.
– Wuju, to trochę niestosowne – szepnęła Carlotta.
– Panna, która tak wygląda, nie powinna się nazywać Everett.
Nin i Amren, tknięci tą samą myślą spojrzeli na siebie. Wuj musiał widzieć wizerunki dawnej wojowniczki, inaczej nie mówiłby takich rzeczy.
– Co pan ma na myśli? – Nin spojrzała mu prosto w oczy…

Blizny.... Z czym Ci się kojarzą? Z bólem, strachem? A czy myślałeś kiedykolwiek jak by to było w ogóle nie odczuwać strachu? Wyobraź sobie. Żyć w świecie, w którym każdy, w większym lub mniejszym stopniu, jest poddany temu uczuciu, a Ty nie. Zupełnie. I to nie znaczy, że jesteś gruboskórny, zarozumiały lub obojętny. Nie. Mierzysz się z tym wszystkim co inni, ale inaczej. Jaki to może mieć wpływ na innych ludzi, na wydarzenia? Szczególnie jeśli dotyczy Cię osobliwa, nie dająca się po ludzku wyjaśnić tajemnica?...

Daj sobie szansę poznać i poczuć jak to jest! Zapraszamy Cię do świata, który... zaskoczy Cię niejeden raz :)