O pisaniu i wartościach

Zanim zostałam pisarką, byłam najpierw czytelniczką (zresztą jestem nią do dzisiaj). Tworząc każdą kolejną powieść, patrzę na nią z perspektywy czytelnika. Takiego, który sięga po książkę, żeby się odprężyć, przeżyć coś miłego, obcować z ludźmi, z którymi, gdyby żyli naprawdę, miałby ochotę się zaprzyjaźnić.

„Dla mnie obraz musi być czymś przyjemnym, wesołym i ładnym, tak, ładnym! Jest dość przykrych rzeczy w życiu, abyśmy mieli jeszcze tworzyć więcej.” Są to słowa Pierre-Augusta Renoira, które niezwykle mocno do mnie przemawiają, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy sztuka albo raczej „sztuka” stawia sobie za zadanie zaszokowanie odbiorcy. Jako odbiorca sztuki odwracam wtedy oczy. Nie chcę patrzeć na coś, co poraża brzydotą, obscenicznością lub wulgaryzmem. Nie chcę czytać książek, w których króluje brutalność, zło i perwersja, a o których niektórzy mówią, że są takie prawdziwe i życiowe. Nawet gdyby tak było, że zło przeważa nad dobrem (z czym się nie zgadzam), to czy tym bardziej nie należałoby tworzyć czegoś dobrego i pięknego?

O „Bliznach po ważce”

Chciałabym, żeby moi czytelnicy, wchodząc w wykreowany przeze mnie świat, mogli odpocząć, poczuć się dobrze. Żeby oczami wyobraźni zobaczyli piękne krajobrazy, żeby zachwycili się pracowitymi wyrobami rękodzieła, które co i raz wabią gdzieś z tła. Kiedy zaczynałam pisać „Blizny po ważce”, byłam akurat na świeżo po wakacjach w Bretanii. Wspaniałe, dzikie wybrzeże, strome klify, skały z różowego granitu i olbrzymie połacie kwitnących wrzosowisk tak mnie urzekły, że część akcji umieściłam właśnie w takiej scenerii.

Kiedy zaczynam pisać książkę, nie mam nigdy konkretnego planu. Na początku jest tylko mglisty pomysł, postać bohatera, sceneria. W przypadku „Blizn po ważce”, jako pierwsza pojawiła się Nin Everett – dziewczynka, której wczesne dzieciństwo upłynęło na dzikiej tropikalnej wyspie i która została wysłana do rodziny, aby nabrać wykształcenia i towarzyskiej ogłady. Pomyślałam sobie, że nawet jako młoda kobieta, Nin będzie czuła pewne niedopasowanie i ciekawa byłam, jak sobie z nim poradzi. Obdarzyłam ją też pewną niezwykłą cechą – Nin nie czuła i nie czuje strachu. I nie chodzi tu tylko o strach w obliczu poważnych niebezpieczeństw, ale też o zwykłe codzienne obawy. Ile razy w naszych dialogach czy myślach pojawiają się zdania: „Boję się, że nie zdążę. Obawiam się, że nie zdam. Boję się, że mnie wyśmieją. Boję się, co o mnie powiedzą. Obawiam się, że źle wypadnę”? Nin wolna była od tego wszystkiego. Jak to wpłynęło na jej życie? Nie mogę  tego zdradzić – trzeba przeczytać „Blizny po ważce”.